06.05.2025
Niezbyt długo słuchaliśmy szumu wodospadu bowiem już o 9 rano wypłynęliśmy w kierunku Haren. Przed nami 38 km i 3 śluzy. Relax jednym słowem. Kanał ma głębokość 3,5 m, szerokość 40-50 m, sporadycznie mijają nas barki. Jako główny szlak z północnych Niemiec do Holandii jest zaskakująco ubogi w infrastrukturę dla łodzi sportowych. Nie ma marin, po drodze minęliśmy tylko kilka Liegestelle. Są to małe pomosty bez infrastruktury przy których można się zatrzymać.
Wypływając z Lingen mijamy olbrzymią rafinerię BP, gdzie przetwarza się ropę naftową na paliwa, naftę, olej opałowy i produkty chemiczne. To największy pracodawca w regionie a wielkość fabryki widziana z wody robi ogromne wrażenie.
Przed nami pierwsza śluza Varloh i mały kłopocik bowiem nie ma poczekalni dla klaine sportboots. Dzwonimy do śluzowego i krążąc czekamy na zielone światło. Priorytetem są barki. Zjeżdżamy w dół 3,6 m i płyniemy w kierunku następnej. Śluza Mappen ma poczekalnię ale my mkniemy z mocą wszystkich koników bowiem mamy zielone światło. Jeszcze tylko 7 m w dół i już za chwilę Huntel.
W Mappen na odcinku rzeki Ems pomiędzy śluzami Mappen i Huntel obowiązuje nakaz lewostronnego ruchu. Nakaz ten warunkuje poziom wody w rzece i ma to zapewnić bezpieczeństwo na tym wąskim i krętym odcinku. Dopływamy do ostatniej dzisiaj śluzy. Krążymy 40 min (poczekalni brak), wpływamy, jeszcze tylko 3 m w dół i już. Prawda, że relaksujący dzień?
Varloh: 05931848130
Mappen: 05931848130
Huntel: 05931848131
W porcie w Haren jesteśmy o 15. Mamy czas na „obowiązki domowe”. Petro – bicycle rusza w kierunku stacji benzynowej ( jeden kurs 60 l w dobrej cenie 1,62 euro/l) a majtek rusza zrobić pranie. W większości marin znajdują się pralki, w tych większych również suszarki. W niektórych są bezpłatne, w innych wsad kosztuje od 3 do 5 e. Lecimy na dwa wsady. Opłata za port wynosi uwaga: 14 e, zwiera prąd, wc i wodę (ale nie do picia). Pysznice są na wrzutki, za 0,5 e mamy całe 6 min ciepłej wody. Bramka na pomost oraz sanitariaty są na kody. To kolejna marina, gdzie stoi budka z książkami, które można bezpłatnie pożyczyć i poczytać. Nie korzystamy ale już w głowie kiełkuje nam pomysł, żeby taka stała na plaży w Jagodnym.
Na nabrzeżu znajduje się pomnik ku czci 13 osób, które zatonęły podczas przeprawy promowej w 1844 r. oraz klasycznie ścieżka rowerowa.
Adres portu: Yachthafen Emspark , Am Yachthafen 28, 49733 Haren (Ems), Telefon:05932 995793 wejście po lewej stronie pod mostem. Przepłynęliśmy z Lingen do Haren 38 km w nieco ponad 4 godziny. Dodatkowo zabawiliśmy 2 godziny na śluzach. Średnia prędkość 9 km/godz. Średnie spalanie 4,2 l/motogodzinę.
Musi się znaleźć czas na zwiedzenie miasteczka i miłą kolację w greckiej restauracji. Haren to polskie miasto w Niemczech, którego nie ma. Był czas, że były tu ulice o polskich nazwach, polski burmistrz, szkoły i teatry. A było to tak: w 1945 r. polskie i kanadyjskie oddziały zajęły Emsland czyli skrawek ziemi przy granicy z Holandią. Wraz z postępującą ofensywą wyzwalano obozy jenieckie, wolność odzyskiwali też przymusowi robotnicy przesiedleni do Rzeszy. Byli to tak zwani Dipsi (displaced persons). Stali się oni przeszkodą dla alianckich wojsk i aby nie zablokowali dróg postanowiono ich zatrzymać w wydzielonych miejscach. Opiekę nad 60 tyś polskimi dipsami powierzono żołnierzom generała Maczka. Niemieckie rodziny dostały nakaz opuszczenia swoich domów i pozostawienia w nich praktycznie całego wyposażenia. Miasteczko Haren zostało ewakuowane w całości a domy zajęli polscy jeńcy i robotnicy. Szybko przemianowano je właśnie na Lwów ale z uwagi na dyplomatyczne zgrzyty z ZSRR ostatecznie nadano mu nazwę Maczków od nazwiska generała Maczka.I dlatego miasto jest dla nas szczególne. Jak nietrudno się domyślić Niemcy nie byli przychylnie nastawieni do polskich osadników, czas kiedy tu przebywali określany był mianem Polenzeit i oznaczał wszystko co najgorsze w historii miasta. Większość Polaków powróciła do Polski, część wyemigrowała do krajów anglojęzycznych a niewielka grupa pozostała w Haren. Zmiany w postrzeganiu tej sytuacji nastąpiły dopiero w latach 90. Miasteczko jest przepiękne, zdecydowanie wiadać tutaj wpływy holenderskie, po „polskim epizodzie” nie ma już śladów. Wieczorem mamy zajęcia międzypokładowe a na wszystkich możliwych rurkach suszy się nasze pranie.
Na dobranoc przykrywamy Ajrę bowiem temperatura jest cdecydowanie niska. Futerko może nie być wystarczające.
