25.05.2025

Przed nami ostatni etap drogi przez Holandię i witamy się z Belgią. Budzik mamy nastawiony na 3 bowiem z naszych obliczeń wynika, że o tej godzinie powinien być przypływ co da Ajrze możliwość wyjścia na ląd. Niestety jest ciemno, a wąskie pomosty stale kołyszące się na wodzie nie są bezpieczne do przejścia z psem. Rezygnujemy i przestawiamy budziki na 6. Wiemy już, że znowu będzie odpływ więc ze spaceru nici a dla nas to ostatni dzwonek by wypłynąć bezpiecznie z portu. Jesteśmy gotowi o 7 a większość łodzi stoi już na kamieniach. Aby wypiąć kabel z prądem Krzysiek wspina się po drabince 7 m w górę! Tak wczesna godzina startu wynika nie tylko z pływów ale również z prognoz pogody – o 11 na Westerschelde prognozowany jest wiatr o sile 28 km/h z podmuchami powyżej 50 km/h więc chcemy pokonać ten odcinek jak najszybciej.

Ostrschelde i Westerschelde to dwa ogromne kilkukilometrowej szerokości rozlewiska ujścia Skaldy do Morza Północnego. Płynąc ma się wrażenie, że to pełne morze. W stronę Antwerpii stale suną olbrzymie kontenerowce więc trzeba mieć się na baczności. Prądy wodne są tak silne, że mimo iż wskaźnik silnika pokazuje prędkość 9 km/h w rzeczywistości poruszamy się zaledwie 4 km/h. Po 3 godzinach wpływamy na dolną Skaldę i tutaj zaczyna się już wzmożony ruch statków transportowych.

Te największe pilotowane są przez male holowniki. Chyba dobrze się stało, że nie mamy AIS bowiem wpłynięcie do portu z kontenerowcami byłoby dla nas mało komfortowe i niebezpieczne. Płyniemy zatem dalej Skaldą a po kilku kilometrach ruch komercyjny znacznie maleje.

Cały czas szukamy miejsca postojowego aby wyjść z Ajrą na siku ale nic z tego. Jest odpływ, odsłonięte dno rzeki pokryte jest kamieniami, pomosty łączące z lądem dostosowane są wyłącznie do statków handlowych. Ostatecznie łamiemy przepisy i stajemy na chwilkę w miejscu cumowania lokalnego promu osobowego. Na szczęście nie pojawiła się policja. Kiedy mijamy centrum Antwerpii wzmaga się wiatr, uderzają w nas ponad metrowe fale. Hook pokazuje swoje morskie oblicze bowiem mimo bardzo trudnych warunków nie traci na sterowności. Majtek oraz pies marynarz siedzą już od dawna w kapokach. Na szczęście zmiana kierunku rzeki zmieniła nam wiatr południowy, który teraz pcha nas do przodu i płyniemy 13 km/godzinę.

Przed nami śluza, za którą powinno być już spokojnie ale niestety mamy odmowę przejścia. Śluzowana będzie barka z chemikaliami a my otrzymujemy wskazanie przejścia inną śluzą. Nasza nawigacja nie sugeruje nam żadnej innej drogi więc sytuacja wydaje się być beznadziejna. Z pomocą przychodzą mapy.cz – odnajdujemy małą śluzę o której mówił operator (kiepską i niewyraźną angielszczyzną) i ruszamy. Oczywiście śluza ta była też na naszej holenderskiej nawigacji Waterkaarten, której używamy ale nawigacja nam jej nie wskazała. Mamy do pokonania 3 km. Śluza jest malutka a przed wejściem sprawdzane jest nasze pozwolenie wodne, które na szczęście zakupiliśmy w piątek. Pozwolenie jest dokumentem cyfrowym a weryfikacja odbywa się po podaniu nazwy łodzi. W bazie operatorów widnieją wszystkie aktualne pozwolenia. W Klein-Willebroek opuszczamy się jakieś 30 cm i wpływamy do miasteczka.

Ponad godzinę zajmuje nam znalezienie miejsca do cumowania. Dzięki pomocy innych wodniaków udaje się znaleźć miejsce w jednym z portów i odetchnąć po tym stresującym dniu. Belgia na dzień dobry nas nie zachwyciła. Przepłynęliśmy 65 km, spaliliśmy 40 l paliwa a podróż zajęła nam 7 godzin. Był to najtrudniejszy dzień w naszym rejsie więc należy się nagroda. Obiad w portowej restauracji smakował jak nigdy. Stoimy w porcie RYAC w Willebroek co kosztuje nas zaledwie 15 e za full pakiet. Jutro Bruksela.

 

Możesz również cieszyć się:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *