25.04.2025
Idziemy na Berlin – jak powiedzieli tak zrobili. Wypływamy z Marienwerder o godzinie 9 bowiem przed nami kolejna śluza i nie sposób ustalić ile czasu zajmie nam przeprawa. Cały czas płyniemy kanałem Odra-Hawela. Jest bardzo malowniczy, płynie wśród lasów. Wzdłuż kanału biegnie stary trakt holowniczy, który został przekształcony w ścieżkę pieszo – rowerową bardzo chętnie wykorzystywaną przez mieszkańców i turystów.
Do śluzy Lehnitz przypływamy o godzinie 12 i podobnie jak wczoraj jesteśmy w poczekalni sami. Dzwonimy do obsługi, zgłaszamy naszą chęć przejścia śluzy i … czekamy godzinę. Na końcu pomostu znajduje się specjalna budka z głośnikiem, gdzie również można zgłosić swoją obecność. Ponieważ jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami starlinka i internet jest z nami cały czas, umilamy sobie ten czas słuchając podcastu. Dzisiaj Bogusław Wołoszański odkrywał przed nami tajemnice Mata – Hari. Tuż przed 13 pojawia się jeszcze jedna łódka i po chwili zapala się zielone światło.
Śluza Lehnitz jest jedną z najbardziej uczęszczanych śluz na tej drodze wodnej – mała ilość jednostek wynika z faktu, że sezon jeszcze się oficjalnie nie zaczął. Pierwsza śluza powstała w tym miejscu w 1909 r., a kolejna w 1940 r. Do jej budowy wykorzystano więźniów pobliskiego obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. Dzisiaj stara śluza już nie działa i została zabezpieczona nasypem ziemnym.
Wpływamy do komory i po chwili zaczynamy opadanie w dół – na oko kapitana będzie jakieś 8 metrów. Komora ma długość 125 m a szerokość wynosi niecałe 12 m. W niemieckich śluzach sznureczków nie ma, trzeba się mocować do polerów najlepiej w środkowej części burty. Z tej okazji majtek otrzymał do obsługi nową 20 m cumę. Cały proces przebiega bardzo spokojnie i po chwili wrota się otwierają.
Próbujemy dodzwonić się do mariny, w której zaplanowaliśmy postój, udaje się po kilku próbach i cóż trzeba szukać innego miejsca bowiem tam stać nie możemy. Tym sposobem trafiamy na miejską marinę Hafen Hennigsdorf. Na terenie portu działa mała restauracja, są czyste sanitariaty i prąd na słupkach. Tuż obok portu jest mały park a do stacji kolejowej mamy 5 minut. Jest to miejska marina a tuż obok, oddzielona kanałem znajduje się kolejna EWV w którą celowaliśmy. Jest zamknięta i sezon w niej jeszcze się nie zaczął. W naszym porcie przyjmuje nas przesympatyczny hafenmeister (po naszemu bosman). Sanitariaty zamykane na kluczyk są bardzo nowoczesne i czyste. Jeden kluczyk obsługuje wszystko: bramkę na pomost, bramkę na teren portu oraz sanitariaty. Cena za postój wynosi 25,5e za dobę, w cenie mamy prąd, wodę, sanitariaty.
W centrum Berlina jest spora ilość portów jednak jest tam skomplikowana sieć kanałów i cała masa zakazów więc wolimy zatrzymać się na obrzeżach. Cumująca obok para niemieckich turystów potwierdza, że potrafi tam być tłoczno, jest drogo i mariny nieco dalej oddalone od centrum to zdecydowanie lepszy wybór. Po obiedzie (dzisiaj kuchnia wydaje weki z domu) udajemy się na spacer z Ajrą a przy okazji sprawdzamy jak zostać szczęśliwym posiadaczem biletów na pociąg bowiem kas jako takich nie ma. Pomyśleliśmy, że kto jak kto ale młodzież niemiecka świetnie mówi po angielsku i w try miga wyjaśni co i jak. Nic bardziej mylnego – i angielski słaby i kłopoty z automatem też. Skoro już wiemy gdzie są ogarniemy je jutro sami. W okolicach portu znajduje się ścieżka rowerowa więc sporo cyklistów odpoczywa w potowej knajpce. Jutrzejszy dzień przeznaczamy na zwiedzanie Berlina.
Przepłynęliśmy dzisiaj 43 km, czas pływania 5 godzin, śluzowanie godzina.
