15 marca 2025 r.
Srokowo to pierwszy punkt naszej wycieczki – wieś położona 20 km na północny – wschód od Kętrzyna, zagospodarowana jak miasteczko, kiedyś bowiem miastem była. Obecna nazwa niewiele ma wspólnego z historią bowiem nadana została po wojnie na cześć geografa Stanisława Srokowskiego. Historyczna nazwa to Dryfort a prawa miejskie nadał jej wielki mistrz Konrad von Jungingen. Czyli jest bardzo historycznie. Prawa miejskie utraciło Srokowo po wojnie i taki stan rzeczy utrzymuje się do dzisiaj.
W centrum wioski znajduje się piękny ratusz z drewnianą dzwonnicą a obok spichlerz. Pierwotny budynek ratusza spłonął podczas najazdu Tatarów a w jego miejsce w roku 1772 wzniesiono nowy. Drewnianą wieżyczkę dobudowano w 1818 r. W ratuszu znajdowało się więzienie, bank, kasa miejska oraz pokoje burmistrza i rajców. Przed budynkiem posadzono trzy dęby o historycznym znaczeniu: pierwszy został posadzony w okazji zjednoczenia Niemiec w 1871 r., drugi z okazji zakończenia wojny francusko-pruskiej (1871 r.) a trzeci to Dąb Cesarki z 1888 r. Do dzisiaj zachowały się dwa.
Drewniane ławeczki z napisem Srokowo zachęcają do zrobienia pamiątkowej fotki więc robimy zdjęcie i ruszmy w stronę kościoła św. Krzyża, który pamięta czasy krzyżaków. Niestety wnętrza są zamknięte, więc możemy budowlę podziwiać jedynie z zewnątrz. Z kościołem wiąże się legenda o wędrującym dzwonie z Kosakowa ale to będzie nasz kolejny etap wycieczki.
Kierujemy się w stronę Diablej Góry, która była ważnym dla mieszkańców miejscem – odbywały się tutaj uroczystości patriotyczne i zabawy. Na jej szczycie stoi kamienno – ceglana wieża (dzisiaj to już ruiny) tkz. Wieża Bismarcka z 1902 r. Tuż obok znajduje się pomnik wystawiony przez mieszkańców ku czci żołnierzy ze Srokowa biorących udział w bitwie, która miała tutaj miejsce w czasie I Wojny Światowej. Ze wzgórza roztacza się piękna panorama. Miejsce jest bardzo urokliwe więc warto się tutaj wdrapać a nie jest bardzo wysoko – zaledwie 156 m n.p.m.
Wieże takie jak ta, były budowane na cześć kanclerza Otto von Bismarcka i były z założenia punktami widokowymi. Na ich szczycie znajdowały się specjalne kotły, w których w rocznicę urodzin kanclerza rozpalano ogień. W Polsce zachowało się 17 z 40 wież. Ta w Srokowie jest mocno zniszczona a teren wokół jest ogrodzony aby zabezpieczyć turystów przed wypadkiem.
W Srokowie można zrobić quest ale nam się nie udało z uwagi na problem z aplikacją.
Jedziemy dalej do oddalonego o kilka kilometrów Kosakowa. Samotna, drewniana dzwonnica widoczna jest z daleka. Mamy jednak pecha tego dnia bowiem jest cała opasana rusztowaniami a dodatkowo stoi na prywatnej posesji więc można ją zobaczyć tylko z drogi. Z wieżą związana jest legenda: gdy Tatarzy spalili w 1657 r. kościół i całą wieś, odbudowano tylko drewnianą wieżę. Dzwon kościelny postanowiono przenieść do kościoła w pobliskim Srokowie. Jednak po przenosinach dzwon w cudowny sposób wrócił do Kosakowa, a budowniczy wieży zginął tragiczną śmiercią. Od tej pory nikt nie śmiał tknąć dzwonu. Wszystkie elementy wieży są drewniane a oryginalny dzwon wciąż jest zawieszony w wieży.
Przed nami kolejna atrakcja – pałac w Jegławkach. Pałac oraz rozległy majątek należał do rodziny Siegfried. Po zakończeniu wojny podzielił los wielu innych pałaców czyli powstało tutaj PGR. Obecnie jest w rękach prywatnych a właściciel utworzył w jego wnętrzach muzeum ryb jakie można znaleźć w mazurskich jeziorach. Jest też zrewitalizowany park, który można zwiedzić ale zapewne w sezonie. Pałac od 2001 r. był własnością prywatną, ale z uwagi na brak działań właściciela został mu odebrany przez Agencję Nieruchomości Rolnych w Olsztynie. Dzisiaj prezentuje się pięknie i tak być powinno z wieloma pałacami i dworami, które mają nowych właścicieli a jednak popadają w ruinę. My zastaliśmy wszystko zamknięte, podpięte pod alarm więc chyba jednak jakieś fatum wisi nad tą wycieczką. Na bramie pałacu jest tabliczka z numerem telefonu, pod który trzeba dzwonić by zwiedzić park. Przy próbie podejścia do bramy rozlega się dźwięk alarmu więc poddajemy się i jedziemy do kolejnego pałacu w Skandławkach, który również należał do tej rodziny.
Jedziemy drogą wybrukowaną starą kostką i z każdym kilometrem mamy wrażenie, że tutaj świat się kończy. W Skandławkach znajduje się kilka popegeerowskich budynków i pałac zbudowany w 1844 r. Nic więcej. Zastajemy ekipę remontową oraz właściciela. Mamy zgodę na spenetrowanie otoczenia, robimy zdjęcia i wdajemy się w krótką pogawędkę. Remont pałacu z uporem utrudnia konserwator zabytków, przez ponad dwa lata nie można było podjąć żadnych prac remontowych. Na to wszystko nałożyła się pandemia. Smutne to, bowiem wiele budowli przez takie działania popada w kompletną ruinę. Nowy pan na włościach pochodzi ze Śląska więc umawiamy się na winko za trzy lata aby sprawdzić jak mu się wiedzie. Mocno trzymamy za niego kciuki. Nie dowiedzieliśmy się jakie plany ma wobec budynku ale z całą pewnością nowe życie pałacu to szansa na pracę dla nielicznych mieszkańców i wielka zmiana dla malutkiej wioski. Ten punkt wycieczki jest bardzo udany.
Z pałacem związana jest romantyczna legenda. Anna Maria, czyli żona Joachima Siegfrieda, właściciela majątku, zdradzała męża z handlarzem odwiedzającym pałac. Joachim dowiedział się o tym przypadkiem, odnajdując listy miłosne pisane przez kochanka, które były ukryte w wazie postawionej na szczycie kaflowego pieca w salonie. Niewierna małżonka została wypędzona z domu, a jej miejsce po jakimś czasie zajęła pokojówka Gizela. Replikę pieca można kupić w manufakturze w Nakomiadach.
Kierujemy się na północ do kolejnego obiektu, który znajduje się w Brzeźnicy – dosłownie 400 m od granicy z Rosją. Dwór zbudowano w 1820 r., budynek oraz przyległy park zachowały się w dosyć dobrej kondycji. Klasycznie był tutaj PGR oraz gorzelnia. Nie weszliśmy na teren obiektu bowiem budynek jest zamieszkały. Przed wjazdem do wioski na małym leśnym wzgórzu po prawej stronie znajduje się cmentarz rodowy z pięknymi starymi nagrobkami. Jest odwiedzany przez potomków właścicieli o czym świadczą kolorowe kamyki i zapalone znicze.
Kilometr od dworu znajduje się najbardziej wysunięty na północ most na Kanale Mazurskim. Mimo upływu tylu lat robi wrażenie i można tylko pofantazjować co było gdyby ta inwestycja została zakończona. Jakież to by było pływanie!. Stojąc na moście widzimy słupki graniczne – tutaj kończy się cywilizacja.
Jak Kanał Mazurski to musi być śluza – jedziemy zobaczyć jedyną w 100% ukończoną śluzę Piaski w miejscowości Guja. Wiedzie do niej droga przez dzikie i nietknięte cywilizacją obszary – uwielbiamy takie oblicze Mazur.
Śluza jest potężna i niestety można ją zobaczyć tylko z zewnątrz. Mimo, iż nie odbywa się śluzowanie to za jej pomocą do dzisiaj reguluje się poziom wody w jeziorze Rydzówka. Nad dolnymi wrotami znajduje się most drogowy, strażnica oraz domek mieszkalny. Spokojne wody kanału stanowią raj dla wędkarzy.
I to koniec naszej wycieczki, przed nami obiad w ulubionym Starym Młynie w Upałtach. Świętujemy 20 rocznicę naszego poznania się. Było trochę tak jak w kultowej książce „Samotność w sieci” – on wysłał maila a ja odpisałam. Ale nasza opowieść dalej trwa!






