30.05.2025
Charleroi – Namur: odległość 50 km, 8 śluz
Wypływamy z naszej nocowanki już o 6:30 bo raczej nie była do końca legalna. Musimy jeszcze zawinąć na pomost, z którego wczoraj się ewakuowaliśmy aby Ajra mogła załatwić co trzeba. Na moście śpi bezdomny więc tylko utwierdzamy się w tym, że decyzja o wypłynięciu wieczorem była dobra.
Charleroi a zwłaszcza Marcienelle były kiedyś silnym ośrodkiem polskiej emigracji robotniczej. W 1923 r. osiedlił się tutaj wraz z matką Edward Gierek. Jako nastolatek pracował w kopalni węgla a jego doświadczenia w pracy miały duży wpływ na późniejsze polityczne decyzje. To tutaj zetknął się z ideologią komunistyczną i wstąpił do Francuskiej Partii Komunistycznej. Polacy w Charleroi mieszkali głównie na osiedlach robotniczych, działały tu polskie parafie, istniały organizacje świeckie i polityczne a także szkoła dla dzieci. Dla nas miasto od strony wody wygląda gorzej niż nasz Śląsk w najgorszym swoim wydaniu w latach 60.
O 7.10 jesteśmy na pierwszej śluzie. Przed nami kolejno na Sambrze: Marcinelle, Monceau-sur-Sambre, Landelies, Abbaye d’Aulne, Roselies, Floriffoux, Salzinnes, Amee. Na śluzie Landelies napotykamy pierwszy problem: nikt nie odbiera telefonu i włącza się sekretarka. Czekamy jakieś pół godziny licząc, że może jednak ktoś nas widzi ale nie. Zaczynamy poszukiwania innego numeru telefonu (radia nie mamy). Przypomina nam się, że mamy ulotkę o drogach wodnych Walonii i bingo – tam odnajdujemy telefon na centralę. Ku naszemu szczęściu Pan po drugiej stronie włada nieco angielskim więc obiecuje pomoc i ku naszej radości po chwili wrota się otwierają. Na większości śluz operatorzy mówią wyłącznie po francusku więc Krzysiek ma w googlowym tłumaczu wbitą formułkę zgłoszenia o zamiarze przejścia śluzy. Na szczęście w młodości trochę liznął francuskiego. Okazuje się, że ma wybitny talent językowy, otrzymuje nawet pochwałę od jednego z nich 🙂
W siedmiu pierwszych śluzach opuszczamy się o jakieś 5 m w dół (w każdej z z nich) a w ostatniej dla odmiany podnosimy o 2 m. Komory śluz jak i sama rzeka są bardzo zaśmiecone, pływają worki ze śmieciami, drewniane belki, butelki, puszki. Ten poapokaliptyczny krajobraz zaczyna się zmieniać po jakichś czterech godzinach od wypłynięcia. Ale nadal brzegi rzeki są wybetonowane, nie ma miejsc postojowych. Ajra zyskuje szansę na mikro spacer na jednej ze śluz gdzie mamy dłuższy postój bowiem przeprawia się barka płynąca z naprzeciwka.
Kiedy dopływamy na Namur nareszcie zaczyna się robić ładnie, wręcz upalnie. Mamy do wyboru dwie mariny: Halte Nautique tuż przy promenadzie w centrum miasta oraz drugą I’Amee nieco oddaloną od miasta. Po wczorajszych przygodach chcemy cichej i spokojnej mariny więc wybór pada na opcję numer dwa. Dzwoniliśmy wcześniej do bosmana więc na pomoście oczekiwał na nas jego zastępca. W cenie 15 e mamy święty spokój, prąd i sanitariaty z których nie korzystamy bo są daleko. Woda jest na wrzutki (0,5 e za 100 l), musimy też zapłacić kaucję 20 e za klucz do bramki portowej.
Obok znajduje się zadbany park więc w końcu możemy zabrać Ajrę na długi spacer. Przed nadchodzącym weekendem uzupełniamy zapasy spożywcze w odległym o jakieś 700 m Lidelku. Tuż obok portu jest restauracja i nawet kiełkuje mam w głowie pomysł by się do niej udac ale jest otwarta dopiero od 19. Jemy zatem mniej ekskluzywnie tortelinii ze szpinakiem na pokładzie Hooka. O godzinie 18 termometr wskazuje 25 stopni Celsjusza.
Namur to oficjalna stolica Walonii a słynie z olbrzymiej cytadeli położonej na wzgórzu. To jeden z największych i najlepiej zachowanych systemów fortyfikacyjnych w Europie. Faktycznie – robi wrażenie. Nie będziemy jednak zwiedzać tej uroczej miejscowości bowiem przed nami kolejny ciężki dzień. Ale przepłynęliśmy przez nią i widok był bardzo przyjemny. Kilometrów mamy nieco mniej do pokonania ale śluz znowu 8. Musimy też zdobyć winietę na Francję.
