16.08.2025
Agde – Palavas-les-Flots: odległość 60 km, 2 śluzy, 1 most zwodzony, czas 10 h.
Cumujemy przed sławną śluzą Rondo kilka minut przed dziewiątą i zgłaszamy nasze przejście. Niestety, po drugiej stronie chętnych jest więcej więc śluzowa puszcza ich jako pierwszych. Od paru dni obserwujemy, że śluzowi bardzo poważnie traktują sytuację związaną z niedoborami wody i czekają z przeprawą do momentu aż zbierze się kilka łodzi.
Czekamy więc na potencjalnych chętnych, jednak zgodnie z naszymi przewidywaniami nikt się nie pojawia. Tak oto tracimy cenne 40 minut. Ruszamy dalej i tutaj, po raz pierwszy w czasie trwania tego rejsu Kapitan popełnia błąd nawigacyjny. Zamiast skręcić w wąski łącznik w kanał du Midi popłynął bardzo uroczą, dziką rzeką L’Herault, która na krótkim odcinku niesie wody kanału du Midi. Nie odpłynęliśmy daleko ale mamy dodatkową stratę 60 minut – oznacza to, że we Frontignan czeka nas obowiązkowy postój do 16:30.
Most dla ruchu wodnego otwierany jest tylko trzy razy w ciągu dnia na kilka minut i jak czytamy jest to wypracowany kompromis pomiędzy VNF a mieszkańcami miasta. W malutkiej Holandii pokonywaliśmy mnóstwo mostków, które bez problemu były otwierane na telefon i mieszkańcy potrafili z tym żyć. Tutaj, mimo że w sezonie przepływa tędy ponad 5 tyś łodzi stanowi to problem .Na ostatniej śluzie Bagnas również oszczędzamy wodę i czekamy na łodzie, ale nic nie nadpływa. Ostatecznie po kilkunastu minutach opuszczamy się w dół i zmierzamy do Etang de Thau.
Dzisiaj laguna prezentuje zupełnie inne oblicze niż trzy tygodnie temu. Praktycznie nie ma wiatru, pojawiają się nieliczne małe fale wytwarzane przez łodzie.
Doskonale widać farmy hodowlane ostryg i małży, których poprzednio z uwagi na wysokie fale nie widzieliśmy. Etang de Thau nazywana jest morską spiżarnią regionu. Lagunę, która jest dwukrotnie dłuższa i dwa razy szersza niż nasz Niegocin pokonujemy w 1,5h.
Stajemy na znanym nam już nabrzeżu w Frontignan. Kapitan montuje perto wózeczek i robi dwa kursy paliwowe. To duży wysiłek i poświęcenie z jego strony bowiem termometry nadal wskazują 38 stopni a w dodatku trwa mecz Piasta. Na przeprawę czeka wraz z nami jedna spora łódź czarterowa. Ten odcinek z uwagi na otaczające kanał z obu stron laguny jest przepiękny. Radość w odbiorze psuje tylko temperatura. Flamingi tez się poddały bo nie widać ani jednego.
Zaskakuje nas kładka Passerelle Du Pilou pod którą nie mamy szansy przepłynąć – z całą pewnością jej tu wcześniej nie widzieliśmy. Nasza nawigacja w tym upale poszła na drzemkę bo również nic nam nie powiedziała. Jest to przejście dla pieszych umożliwiające dojście na plażę a w prześwicie zmieści się co najwyżej kajak. Ku naszej radości na kładce jest operator, który naciska guzik i w ekspresowym tempie przestawia ramię mostku otwierając nam drogę. Tuż za mostkiem napotykamy łódź, która razem z nami czekała we Frontignan a teraz gorączkowo wzywa pomocy. Zignorowali znaki, podpłynęli w niedozwolonym miejscu do nabrzeża i stanęli na mieliźnie. Próbujemy ją wyciągnąć na holu ale niestety nasze 70 koników to zbyt mało – ich łódź ani drgnie. Rezygnujemy z dalszych prób bo może się to źle skończyć również dla nas i płyniemy dalej.
Do portu Palavas-les-Flots docieramy o 19. Na krótkie postoje przewidziane jest nabrzeże kanału, są słupki z wodą i z prądem i jest bardzo płytko. Cumować trzeba dziobem i po skosie. Dla Ajry musimy zamontować trap bo dziewczyna nie ma możliwości wyjścia. Udajemy się na spacer – wieczorem temperatura spadła do 30 stopni. Miasteczko jest bardzo popularnym miejscem urlopowym dla mieszkańców Montpellier. Są tu długie, piaszczyste plaże, na tą w najbliższej odległości oczywiście nie można wejść z psem.
Na nabrzeżu rzeki Lez znajduje się mnóstwo restauracji, kawiarni i sklepików z pamiątkami przez które przetacza się dziki tłum. W około muzyka, tłum ludzi, wakacyjne klimaty. Udaje nam się znaleźć w bocznej uliczce bardziej zaciszne miejsce, Ajra dostaje wiadro z wodą (dosłownie) a my jemy pyszną lazagne i lody na deser. Włoska kuchnia nie zawodzi. Pechowy sternik metodą przód-tył i trochę dzięki naszej pomocy wypłyną jakoś z mielizny i stoi w porcie kilka metrów obok nas. Okazał się być Hiszpanem. Rano próbujemy dokonać opłaty w kapitanacie ale nadal wszystko zamknięte. Po jakiejś chwili znalazła nas Pani z obsługi portu, której „domek” był dobrze ukryty w innym miejscu. Opłata niewielka 21 euro. Cały czas poniżej cen mazurskich.
A tutaj dziedzictwo kulturowe : )
