13-14.05.2025

Płyniemy do Urku na urlop i będziemy mieli cały jeden dzień bez pływania. Należy nam się po trzech tygodniach. Trasa wiedzie kanałem Księżniczki Małgorzaty a następnie mniejszym lokalnym kanałem szerokości ok. 35 m i głębokości 2,5-3 m. Na trasie mamy dwie śluzy, jedną opuszczamy się 5,5 m w dół a drugą unosimy do góry. Na tych śluzach jest zalecenie, aby na łodzi w trakcie przeprawiania znajdowały się minimum dwie osoby. W komorach znajdują się grube liny umocowane pionowo góra – dół za które próbowaliśmy się przytrzymać bosakami. Spotkało się to ze sprzeciwem śluzowego, który przez megafon instruował nas co mamy zrobić. Pech chciał, że po holendersku… Po drugim komunikacie wydedukowaliśmy, że oczekuje umocowania się naszymi linami do tych pionowych. W małych śluzach, które przechodziliśmy w ostatnich dniach są liny zamocowane poziomo i można się ich trzymać rękami. Mała różnica poziomów rzędu kilkudziesięciu centymetrów nie powoduje problemów ze stabilizacją łodzi w komorze.

W Emmeloord napotykamy pierwszą przeszkodę – mostek o bardzo małym prześwicie, który nie otwiera się na telefon a ma wyznaczone konkretne godziny otwarcia. Akurat jest godzinna przerwa od 12.30 do 13. 30. Przerwy w pracy na mostach o tej porze są dość typowe. Rozwiązania są dwa: albo czekamy albo składamy cabrio. Głos majtka nie ma znaczenia bowiem na łodzi panują rządy autorytarne – składamy cabrio. Z położonym dachem, pod którym można się jedynie przeczołgać płyniemy jakieś 40 minut pokonując kolejne trzy mosteczki z równie małymi prześwitami. Mijamy drugą śluzę wznosząc się prawie 5 metrów do poziomu morza i za chwilkę wpływamy do portu, który nazywa się po prostu Urk Harbour. Położony jest genialnie, przy starym zabytkowym nabrzeżu. Jest duży, morski i podzielony na sekcje w zależności od wielkości łodzi. Jest tu dużo pięknych, morskich jachtów żaglowych przeznaczonych na czarter jak i wiele prywatnych barek motorowych. W cenie 23 e mamy pełen pakiet usług: prąd, wodę, cudowne widoki i super nowoczesne, duże sanitariaty.

Ciekawi miasteczka udajemy się na spacer. Byliśmy tutaj przejazdem 12 lat temu ale w pamięci mamy tylko pomnik rybaków, którzy nie wrócili z morza. Urk oferuje znacznie więcej.

Na portowej promenadzie znajduje się ogromna Orka. Co wspólnego ma ten ssak z Urkiem? Na dawnych mapach wyspa Urk zapisywana była jako Orc więc przyjmuje się, że nazwa miasteczka pochodzi właśnie od Orki.

Choć trudno to sobie dzisiaj wyobrazić Urk był kiedyś wyspą. Przez wieki jej mieszkańcy zajmowali się rybołówstwem ale budowa wielkiej tamy całkowicie zmieniła życie wyspiarzy. Wcześniej mieszkańcy Urku żyli praktycznie w całkowitej izolacji, rzadko dopuszczali do swojej wspólnoty osoby napływowe. Miało to niewątpliwie wpływ na geny wyspiarzy. Mają oni wiele wspólnych cech dziedzicznych a ryzyko chorób uwarunkowanych genetycznie jest dosyć wysokie.

W wąskich uliczkach przy porcie znajdują się malutkie kamienno-drewniane domki rybaków pomalowane na charakterystyczny zielony kolor.

Najbardziej rozpoznawalnym punktem jest latarnia morska, która działa po dziś dzień. Jej światło jest widoczne z odległości 18 mil (ponad 30 km). Tuż obok znajduje się pomnik rybołówstwa z kamiennymi tablicami, na których znajdują się imiona i nazwiska 368 osób, które nie wróciły z morza.

Jak latania to plaża. Jest mała i oczywiście nie można na nią wejść z psem. Widok psuje zdecydowanie szpaler wiatraków.

.

W przyjemnej restauracji przy porcie zamawiamy narodową potrawę czyli Kibbeling. To nic innego jak fish&chips w holenderskim wydaniu. Palce lizać.

Wieczór spędzamy ze znajomymi, którzy mieszkają w nieodległych miejscowościach. To wspomnienia kapitana z lat studenckich i pracy wakacyjnej w latach osiemdziesiątych poprzedniego wieku w Holandii. Wiliam i Suzy wtedy bardzo pomogli. Użyczyli własny dom do zamieszkania, pomogli znaleźć pracę. Krzysiek jest im bardzo wdzięczny za to do tej pory i mile wspomina cała rodzinę z córkami Danielą i Katią. Na spotkanie przyjechali wszyscy. Córki z mężami a Katia nawet z córką. Spędziliśmy miły wieczór w restauracji.

Rankiem budzi nas ponownie słonko i mierny wiaterek od morza. Idziemy na spacerek.

W starej części portu znajduje się wyjątkowe miejsce: Bottershuur czyli stary warsztat szkutniczy gdzie tradycyjnie budowano i remontowano bottery- charakterystyczne drewniane łodzie rybackie. Od 1856 r. był własnością rodziny Hakvoort. W czasie II wojny światowej członkowie rodziny udzielali pomocy osobom poszukiwanym przez Niemców oraz lotnikom alianckim, którzy rozbili się na polderze. W warsztacie stolarskim wybudowali dla nich specjalne schrony gdzie mogli ukrywać się przed prześladowcami. W 2011 r. rodzina sprzedała stocznię i obecnie jest ona własnością Fundacji Urker Botter. Dzięki niej udało się ją odrestaurować i przywrócić do stanu z 1920r. W warsztacie wolontariusze zajmują się konserwacją i renowacją łodzi, można go zwiedzać w każdą środę. Dziś była środa więc mieliśmy szczęście. Od 11:30 rozpoczyna się tradycyjne pieczenie ryby.

Zdejmujemy rowery, wózek Ajry i jedziemy w  25 kilometrową podróż sentymentalną do Emmeloord, największego miasta na polderze, które Krzysiek również z sentymentem wspomina. Wyprzedza nas każdy Holender podróżujący na rowerze…Na polderze cały czas wieje więc winę za nasze ślamazarne tempo zrzucamy na wiatr no i wózek z Ajrą. W Holandii są na pewno trzy wszechobecne rzeczy: kanały z wodą, kwiaty i rowerzyści, którzy mają na drodze największe prawa. Ustępują im samochody i osoby piesze. Ale nie liczcie, że samochody ustąpią miejsca pieszym. Tylko u nas pieszy może być jak święta krowa. To już lepiej być rowerzystą.

Po drodze mijamy lodową łódź – pomnik poświęcony lodołazom. Kiedy Urk był jeszcze wyspą transport na ląd odbywał się za pomocą promu jednak zimą było to niemożliwe. Skonstruowano zatem drewnianą łódź z masztem i płozami. Bardzo często była ona ciągnięta przez 10-osobową załogę po lodzie. Tak wysyłano pocztę, kupowano leki czy zawożono chorych do lekarza. Ostatni rejs lodową łodzią miał miejsce w 1940 r.

Jutro zaczynamy rejs w kierunku Amsterdamu.

Możesz również cieszyć się:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *