19.05.2025
Po Amsterdamie czas na Utrecht. Mamy do pokonania 42 km, niby niewiele ale po drodze mamy dwie śluzy i 5 podnoszonych mostków. Mostki jak to mostki – pod jednymi przechodzimy a pod innymi nie i wówczas trzeba czekać. Generalnie, pływając co rusz się na coś czeka: a to na mostek, a to na śluzę, a to na barkę, którą trzeba przepuścić. Płyniemy kanałem Amsterdam-Rijnkanaal, który jest jednym z najważniejszych kanałów w Holandii bowiem łączy Amsterdam z Renem. Kanał ma długość 72 km, około 100 m szerokości, głębokość 6 m a przy brzegach jak od linijki rośnie szpaler drzew. Jest to najbardziej ruchliwy pod względem transportu kanał śródlądowy w Europie czego doświadczyliśmy. Wielkie bary zasuwają jedna po drugiej, przemieszczają się z dużą prędkością i robią całkiem niezłe fale. Niektóre składają się z czterech połączonych barek mając długość ok 200 metrów i szerokość ponad 20. Przepływając obok naszej 10 metrowej łódki wyglądają jak Titanic.
Przed skrętem na Utrecht po lewej stronie znajduje się mała śluza, która łączy kanał z rzeką Vecht. Sygnalizacja jest wyłączona a wrota z obu stron są otwarte. Jest wąska a wejście pod ostrym kątem więc trzeba uważać bowiem fala po przejściu barki może poczynić znaczne szkody na burcie.
Płyniemy dalej rzeką Vecht, wzdłuż jej brzegów cumuje wiele barek mieszkalnych. Barki są nieodłącznym elementem krajobrazu Holandii. Mieszkanie na barkach było rozwiązaniem na własne lokum po II wojnie światowej, kiedy brakowało mieszkań. Aby zamieszkać na wodzie potrzebna jest specjalna licencja na cumowanie, płaci się również podatek od nieruchomości i opłaty portowe. Koszt zakupu barki w Amsterdamie czy Utrechcie wynosi od 100 do 500 tys euro.
Mijamy 4 mostki, które otwierają się automatycznie. Po podpłynięciu trzeba chwilę poczekać, zamyka się szlaban, mostek podnosi i dalej w drogę. Piąty mostek połączony ze śluzą przechodzimy „na gazetę”, mamy jakieś 2-3 cm luzu nad głową.
Dzwonimy do śluzowego i chwilę czekamy a wraz z nami jeszcze dwie inne łodzie. Opłata za przejście wynosi 9 e. Przy komorze śluzy znajdują się schody, na których licznie odpoczywają mieszkańcy. Siedzą z książkami, opalają się. Podnosimy się jakieś 50 cm i wypływamy.
Tuż za wrotami po prawej stronie znajduje się port miejski gdzie dzisiaj będziemy nocowali. Oferuje pomost, prąd, toalety (bez szału, bywaliśmy w lepszych) i bardzo ekskluzywną cenę 35 e. Opłatę należy uiścić w automacie. Niestety brak wody na pomoście. Ale o tym wiedzieliśmy i jesteśmy zaopatrzeni.
Ruszamy w miasto. Udajemy się zatem na obowiązkowy dla turystów spacer wzdłuż Oudegracht. Jest to główny kanał przecinający Utrecht a jego wyjątkowość wynika z dwupoziomowej budowy. Na wysokości wody znajdują się piwnice magazynowe, które dzisiaj służą jako kawiarnie, galerie i mieszkania a nad nimi biegnie deptak. Taka budowa miała na celu ułatwienie załadunku i rozładunku towarów bezpośrednio z łodzi. Do dzisiaj dwa razy w tygodniu po starym kanale kursuje statek z dostawą piwa. Z uwagi na fakt, że w marinie miejskiej prąd ma ograniczenia mocy z czystym sumieniem stołujemy się w jednej z restauracji nad wodą. Nad kanałami toczy się życie ale w rytmie bardziej slow niż ten amsterdamski.
Kierujemy się w stronę Dom Kerk (Katedra św. Marcina) i wieży Domtoren. To przepiękna gotycka budowla powstała w XIII-XV wieku, którą można zwiedzać za darmo ale do godziny 17. My dotarliśmy pół godziny za późno. Kiedyś katedra była połączona z wieżą ale po gwałtownej burzy część budowli uległa zniszczeniu. Tak więc katedra i wieża do dzisiaj stoją osobno. Kościół z zewnątrz robi ogromne wrażenie i wielka szkoda, że nie było nam dane zajrzeć do jego wnętrz.
Okiem Ajry – w centrum brakuje trawników i skwerów więc psia toaleta oceniona została negatywnie.






