09.05.2025

Dzisiaj obieramy kierunek Groningen ale po drodze zrobimy mały przystanek w Appingedam aby zobaczyć wyjątkowe kuchnie. O tym dlaczego są wyjątkowe będzie za chwilę. Przed nami pierwsza śluza Delfzijl. Po prawej stronie malutka poczekalnia, dzwonimy i czekamy na barkę, po której możemy wejść. Tutaj otwiera się most zwodzony oraz brama śluzy. Stajemy równolegle do barki przy jej rufie bo inaczej się nie dało. Wiry i fale jakie wytwarza są naprawdę spore. Utrzymanie łodzi stojąc za nią byłoby naprawdę trudne. Wszystkie telefony do śluz i mostów Krzysiek ma w swojej nawigacji, dodatkowo obowiązkowo na pokładzie trzeba posiadać Wateralmanak (kupiliśmy razem z atlasami dróg wodnych Holandii NV Charts Nederland w internecie w jakiejś księgarni holenderskiej), w którym są wszystkie informacje o godzinach otwarcia, prześwitach i numery telefonów. Wszystkie mosty na Eemskanaal otwierały się automatycznie, wyjątek stanowił most przed Appingendam – otwiera go Pani bosman. Przyjeżdża na rowerze, otwiera most po czym pędzi do portu by wskazać miejsce cumowania. Mosty na dużych kanałach sterowane są zdalnie po pojawieniu się łodzi. Próbowaliśmy dzwonić ale zanim ktoś odebrał (jest centrala z podziałem na rejony) światło zmieniało się z czerwonego na zielone i most się otwierał. Przelot z mariny w Delfzijl do tego miasteczka zajął nam godzinę plus pół godziny spędziliśmy w śluzie.

W Appingedam cumujemy w malutkim porcie w samym centrum miasteczka. Za postój 2 – godzinny nie musimy nic płacić więc udajemy się na spacer w poszukiwaniu …kuchni. Są to jedyne w swoim rodzaju „podwieszane” kuchnie, z których słynie miasteczko. Budynki w których są pełniły kiedyś funkcję magazynów a później przekształcono je na mieszkalne. Ponieważ brakowało miejsca, pomieszczenia kuchenne dobudowano na zewnątrz. Zwisają nad kanałem.

.

Wygląda to fantastycznie. Po drugiej stronie kanału jest przyjemna kawiarenka więc można podziwiać te cuda delektując się pyszną kawą i ciasteczkiem. Mamy czas do 13.30 bowiem most jest przez godzinę zamknięty (przerwa na lunch). Miasteczko jest małe ale godne uwagi. Położone nad kanałami ma niepowtarzalny urok i warto je odwiedzić. Generalnie odbiegamy od przyjętych kanonów jeżeli chodzi o wyposażenie jachtu bowiem nie mamy kwiatów. Tak, na zacumowanych w porcie barkach większość właścicieli ma kwiaty – Są bratki, petunie, pelargonie bywają też palmy. Sadzić czy nie?

Większość mieszkańców Holandii nie jest religijna (ponad 55%), toteż budynki sakralne są zagospodarowywane. Czy powinny to być restauracje? Jesteśmy na nie.

Wracamy na Eemskanaal i płyniemy do Groninegen. Po drodze jeszcze tylko dwa zwodzone mosty i lądujemy w marinie Jachthaven Groninger Motorboot Club (miejsce potwierdziliśmy telefonicznie przed południem) po ok 3 godzinach i 23 km. Zaskakuje nas wejście do portu bowiem falochron ustawiony jest pod kątem co znacznie utrudnia podejście. Takie ustawienie chroni przed falą z kanału ale kiedy nieco wieje tak jak dzisiaj wejście nie jest łatwe. Kapitan radzi sobie jednak bezbłędnie. Trudy podejścia osładza cena – 15,30 e. W cenie jest prąd i sanitariaty. Woda jest płatna – wrzutka na słupku 0,50 e za 100l.

Do centrum Groningen mamy spacerem 2 km. Udajemy się na Grote Markt czyli główny plac w mieście ale dzisiaj zwiedzania nie będzie. Cala olbrzymia przestrzeń jest zajęta przez wesołe miasteczko. Jest bardzo tłoczno, głośno i widzimy, że Ajra jest zestresowana. Przy placu znajduje się słynna wieża Martinitoren i kościoł św. Marcina. Oglądamy tylko z zewnątrz bowiem wszystko pozamykane na cztery spusty. Marzy nam się chwila odpoczynku więc ruszmy na Kleine der A czyli przyjemną uliczkę nad rzeką Aa. Groningen jest miastem uniwersyteckim i na ulicach widać młodość. W piątkowe popołudnie wszystkie uliczki nad kanałami tętnią życiem,a wszystkie knajpki nad kanałami są pełne. Jakoś udaje nam się znaleźć wolny stolik. Majtek ma lody, kapitan napój chłodzący. Słoneczko świeci niemiłosiernie mimo późnych godzin popołudniowych. Gwarno jest też na zacumowanych przy nabrzeżach łodziach. W drodze do centrum mijamy jeszcze jedną sporą marinę Jachthaven Osterhaven – jest bardzo blisko centrum ale przy głównej ulicy. Nasza jest nieco dalej w zacisznym miejscu. Tankujemy wodę. Jutro dużo pływania. A kapitan na koniec dnia ma mecz wyjazdowy Piasta z Motorem…wygrywamy 4:1. W marinie wieczorem cichutko. Mamy dziwne wrażenie ,że jest sto jachtów i tylko my na jednym.

Tak oto prezentuje się widoczny z naszej mariny znany apartamentowiec: Tasmantoren. Kształ inspirowany jest pełzającą gąsienicą. Chyba nie podba nam się taka owadzia osada. Stawiamy na klasyki.

Możesz również cieszyć się:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *