15 lipca 2024 r.
Dzisiaj będzie wycieczka bowiem przesiadywanie na łodzi grozi udarem a plaży w porcie nie mamy (tu wygrywają Siemiany czy Chmielówka). Mamy do dyspozycji samochód więc udajemy się na Wzgórza Dylewskie. Legenda głosi, że Bóg w ostatnim dniu tworzenia świata zajął się Wzgórzami Dylewskimi – zaplanował żyzne gleby, piękną roślinność, srebrzyste wody, złote piaski, piękne krajobrazy. Kiedy poszedł spać diabeł przeorał pazurami całą okolicę, porozrzucał kamienie i tupał tak strasznie, że potworzyły się jamy i urwiska. I tak tu właśnie jest. Zaczynamy od wieży widokowej na Dylewskiej Górze. To najwyższy punk na Mazurach, jesteśmy na wysokości 312m npm. A przed nami roztacza się piękna panorama.
Pod wieżą znajdują się ławeczki gdzie można w cieniu zjeść „branczyk” i odpocząć. Samochód można zostawić na parkingu tuż za wieżą. Wydawało się, że to mało uczęszczane miejsce ale ku naszemu zaskoczeniu przyjeżdża tu sporo turystów.


Udajemy się na spacer ścieżką edukacyjną. Ma długość około 2 km, jest zacieniona i naprawdę piękna. Po kilkudziesięciu metrach docieramy do polany na której utworzono lapidarium geologiczne czyli miejsce gdzie prezentowane są kamienie różnego pochodzenia. Każdy kamień jest opisany i wiadomo skąd przywędrował do Polski. Są ciekawe tablice informacyjne, zegar słoneczny, zacieniona wiata oraz miejsce na ognisko.


Ruszamy dalej oznaczoną ścieżką. Dawno nie widzieliśmy tak pięknego lasu. Docieramy do Jeziora Francuskiego. Legenda głosi, że w czasie wojen napoleońskich miejscowi utopili w nim żołnierzy, którzy wyrządzili krzywdę młodej dziewczynie. Jest bardzo ładne ale dostęp do niego jest niemożliwy. Tu ścieżka zakręca i wracamy w stronę parkingu.


Kolejny punkt wycieczki to Glaznoty. Mała wieś w której są dwa kościoły, wiadukt bez torów oraz kamienny krąg. Początki wsi sięgają XIV w, zamieszkiwali ją osadnicy z Niemiec i Mazowsza. Wiadukt przy wjeździe do wioski powstał 1909 r. i jest podobny do tego w Stańczykach. Można na niego wejść po stromych schodach i podziwiać piękną panoramę oraz stadninę koni położoną poniżej. Nie trzeba się obawiać bo pociąg już dawno tutaj nie jeździ a tory kolejowe zabrali w 1945 r. czerwonoarmiści, widocznie potrzebowali.



W Glaznotach są dwa kościoły: katolicki i ewangelicki. Ten drugi był początkowo kościołem katolickim a od 1525 r. do 1945 r. był w rękach ewangelików. Po ich odejściu i odmowie przejęcia przez katolików świątynię przejęli metodyści. Ostatnie nabożeństwo odbyło się tutaj w 1980 r. Przed zniszczeniem uratował go Marek Kotański, który wraz z podopiecznymi odbudował kościół. Obecnie należy do parafii ewangelicko-metodystycznej i na co dzień jest zamknięty. Przy kościele znajduje się mały cmentarz a poniżej fundamenty starej szkoły oraz kamienny Krąg Wspólnoty Kultur.




Kościół katolicki powstał w 1903 r. i swoją bryłą raczej nie przypomina kościoła.
Przed nami Grunwald – udajemy się na pobliskie pole bitwy. Data jest znamienna bowiem mamy 15 lipca. Pola są naprawdę rozległe, wybrukowana ścieżka prowadzi na wzgórze gdzie znajduje się Pomnik Zwycięstwa Grunwaldzkiego składający się z trzech części: granitowego obelisku, jedenastu 30 – metrowych masztów symbolizujących sztandary polskich i litewsko-ruskich chorągwi oraz amfiteatru. Jest bardzo gorąco wiec o zwiedzaniu muzeum nie ma mowy. Trzeba na to poświęcić min 1,5 godziny i w tym czasie jedno z nas musiałoby czekać z Ajrą na zewnątrz. Na polach trwa jeszcze sprzątanie po sobotniej rekonstrukcji bitwy którą obejrzało 40 tyś widzów.


Na obiad udajemy się do oddalonej o 10 km restauracji Renka. Jest kameralnie, smacznie i ładnie, z tarasu restauracji widzimy jezioro Mielno. Przy każdym stoliku znajduje się miska w wodą dla piesków. Do Iławy mamy 50 km. Męczący (gorąco ) ale piękny dzień.




